Telewizyjne show znów na antenie – hit czy kit?

źródło: eska.pl

Prywatnie jestem wielkim fanem teleturniejów. Mój sentyment do tego typu programów telewizyjnych narodził się mniej więcej pod koniec 2002 roku. Miałem dokładnie 5 lat, gdy na antenie pojawiła się „Awantura o kasę”, prowadzona przez Krzysztofa Ibisza. Licytowanie przez drużyny odpowiedzi na pytanie w czekaniu na to, który z kapitanów pierwszy krzyknie w decydującym momencie rozgrywki „va banque”, żeby zaryzykować wszystkie pieniądze i mieć szanse na zdobycie mistrzostwa, trzymały w napięciu przez całą godzinę. Wtedy też przyrzekłem sobie, że kiedyś wystąpię w teleturnieju (mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni). Do tej pory żałuję, że ten genialny w swojej prostocie, program od wielu lat nie został reaktywowany.

Na salony powrócił w tym roku jednak mój drugi, ulubiony teleturniej z dzieciństwa. „Va banque”, bo o tym formacie mowa, to polski odpowiednik programu „Jeopardy”, emitowanego w USA od blisko 40 lat. W przeciwieństwie do większości quizów telewizyjnych, uczestnicy tego formatu odpowiadają na pytanie… pytaniem. Na ekranie pojawia się wskazówka dotycząca hasła, a ten, kto zgłosi się jako pierwszy, musi zadać pytanie dotyczące tematu podanej ciekawostki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to trudne, ale przez to właśnie tak bardzo interesujące.

Nad Wisłą ten teleturniej doczekał się swojej wersji w 1996r. Był on prowadzony przez wybitnego aktora, Kazimierza Kaczora. Po siedmiu latach, „Va banque” zdjęto jednak z anteny. Na początku tego roku program powrócił, tym razem z nowym prowadzącym, Przemysławem Babiarzem. Według mnie jest świetnym komentatorem sportowym, ale tu był dla mnie pewną niewiadomą. Niemniej jednak, po kilku odcinkach muszę stwierdzić, że „Va banque” po metamorfozie ogląda się naprawdę przyjemnie. Natomiast mieszane uczucia mam co do innych programów, które powróciły po latach nieobecności na ekrany naszych telewizorów.

Od trzech lat możemy znów oglądać „Milionerów”. Walka uczestników o milion złotych jest emitowana od poniedziałku do czwartku. Mimo tego, że każdy odcinek trwa mniej więcej pół godziny, w dodatku z legendarną przerwą na reklamy, po której mamy poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie w grze, to powrót tego formatu na salony oceniłbym pozytywnie.

Inaczej sprawy mają się z innym teleturniejowym klasykiem. Ponad 2 lata temu w nowej odsłonie na antenie pojawiło się „Koło fortuny”. Prowadzącym został wówczas Rafał Brzozowski, Pamiętam, że czekałem z niecierpliwością na pierwszą emisję odświeżonej wersji tego show. Wiadomo, jak to zawsze bywa z programem, który wraca po latach. Mój entuzjazm osłabł jednak po kilkunastu odcinkach, kiedy zauważyłem, że w każdym z nich jesteśmy świadkami wykonania przez prowadzącego piosenki, będącej tematem rundy muzycznej. Zdaję sobie sprawę z tego, że taki zabieg miał na celu uatrakcyjnienie programu, aby był on ciekawszy dla widzów. Natomiast przeplatanie rozgrywki z muzyką w tym przypadku nie do końca było dobrym pomysłem. Przypominało mi to trochę zrobienie na siłę drugiego „Jaka to melodia?”. Rzeczywistość okazała się na tyle przewrotna, że w tych programach doszło do wymiany prowadzących. Brzozowski został nowym gospodarzem „Jaka to melodia”, a do „Koła fortuny” trafił Norbi. Można powiedzieć, że powiedzenie „fortuna kołem się toczy” w tym przypadku pasuje jak ulał.

Tak czy siak, warto oglądać teleturnieje, do czego was bardzo gorąco zachęcam. Jest to rodzaj rozrywki, który ma w sobie coś magicznego, i który chyba nigdy się nie znudzi.

Wojciech Skucha

Dodaj komentarz