Dlaczego książki Stephena Kinga wcale nie są takie dobre

„Król literatury grozy”, „najwybitniejszy pisarz Ameryki”, „Mistrz nad mistrze”….a może po prostu wypompowana do granic możliwości ikona literatury popularnej odcinająca kupony od kilku udanych książek sprzed 40 lat? Stephen King to twórca tak kontrastowy i tak sprzeczny, że nie łatwo będzie podsumować to wszystko w jednym krótkim tekście, ale spróbuję.

zdjęcie: Dick Dickinson

Zacznę od tego, że ten tekst w ogóle nie powinien powstać, ani tym bardziej zostać gdziekolwiek opublikowany. Dlaczego? Ano dlatego, że według wytycznych Kinga nie potrafię nawet pisać. „Żeby dobrze pisać, trzeba pisać co najmniej 3 godziny dziennie i drugie 3 czytać” – nie robię ani tego, ani tego, więc już jesteśmy ze Stephenem na noże.

Zanim przejdę do clue zaznaczę od razu, że nie jestem ani miłośnikiem, ani antyfanem twórczości Kinga. Lubię jego książki, przynajmniej niektóre, ale jako samozwańczy krytyk literacki muszę wylać swoje żale(i trochę pochwał) pod adresem „króla horroru”.

Na początek jednak mały quiz dla Was. Wymieńcie co najmniej 3 książki Kinga, ale nie „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” i „To” – daliście radę? Niektórzy na pewno, ale patrząc na to, że autor „wysmażył” do tej pory ponad 40 powieści, to trochę bieda, że kilkanaście zostało już praktycznie zapomnianych. Być może w tym właśnie cały problem. Stephen zasuwa z nowymi książkami niczym chiński brygadzista – więcej pisze chyba tylko Remigiusz Mróz – i moim zdaniem wyraźnie widać, na które dzieła faktycznie miał dobry, złożony plan, a które powstały „tak o”. O ile „Lśnienie” czy „Smętarz dla zwierzaków” to faktycznie porywające historie, to np. przeczytanie „Stukostrachów” zajęło mi kilka miesięcy. Nie dlatego, że to gruba książka. Po prostu tak się dłuży, że nie ma się ochoty do niej wracać. Podobnie jeden z ostatnich koszmarków napisany w kooperacji z Richardem Chrizmarem, „Pudełko z guzikami Gwendy” – książka, która poza ciekawym wydaniem(sprzedawana jest w drewnopodobnej obwolucie) nie oferuje praktycznie nic. Historię

o samotnej dziewczynie, która dostaje od tajemniczego pana jeszcze bardziej tajemnicze pudełko, które rozwiązuje wszystkie jej problemy, a na końcu…po prostu mu je zwraca. Oczywiście po drodze leje się krew – w końcu to King. Takich przykładów jest zresztą od chu…dużo w sensie.

Z drugiej jednak strony King zaserwował nam „Lśnienie”, „Cujo” i „To” – książki tak doskonałe, że wszelkie słowa są zbędne. Rodzi się tylko proste pytanie – dlaczego? Dlaczego facet, który potrafi napisać taką perłę jak „Misery” kilka miesięcy później przywalił w nas „Stukostrachami”? Być może po prostu co za dużo, to niezdrowo?

Warto by tez postawić pytanie na ile do sukcesu, przynajmniej komercyjnego, Kinga przyczyniły się filmy oparte na jego prozie, z czego niektórzy widzowie nie zdają sobie zresztą sprawy. Kiedyś byłem świadkiem ciekawej scenki rodzajowej:

  • Oglądałem ten nowy film, co klaun porywa dzieci
  • „To”?
  • O, dokładnie
  • No, ja też, ale książka lepsza
  • A to była książka?

No właśnie. Niemniej, King to niewątpliwie pisarz wybitny. Nawet jeżeli nie ze względu na twórczość, to sukces i markę, które potrafił wokół siebie zbudować. 400 000 000 książek nie sprzedaje się przez przypadek. Jestem jednak przekonany, że maszyna zwana „Stephen King” jest już tak samo napędzającym się mechanizmem, że nawet gdyby w tym roku wśród 37437834 książek, które za pewne Stephen napisze pojawiła się powieść „o tym, jak umyłem rano zęby” i tak sprzedałaby się w milionowym nakładzie. Ot taka nasza radosna popkultura…BO JAK TO NIE CZYTAĆ NOWYCH KSIĄŻEK KRÓLA HORRORU!?

Grzegorz Jarecki

Dodaj komentarz