Przez długie lata traktowałem muzykę metalową jak świętość. Żyłem w przekonaniu, że jest to jedna z najdoskonalszych form sztuki, coś, co definiowało i definiuje nadal kulturę. Zapuściłem włosy, wydałem fortunę na skórę i zasznurowałem glany (nadal mam ciarki wstydu). Nie wyobrażałem sobie, że mogę kiedyś śmiać się z artystów rockowych czy ich fanów, na moje szczęście z czasem narodził się we mnie naturalny cynizm. Zacząłem dostrzegać pompatyczne, przerysowane powtarzające się schematy oraz mierność większości wypuszczanych albumów. Jak dla mnie, heavy metal mógł się skończyć w ’90 wraz z premierą Rust in Peace zespołu Megadeth. Potem i tak nic lepszego nie wyszło. Jednak warto odnotować, że w ostatnich latach sami muzycy nabrali trochę dystansu do gatunku oraz do samych siebie. Pojawiły się projekty celowo podnoszące poziom groteski do niebotycznych rozmiarów, tak by nawet Ci mniej kumaci odbiorcy metalu byli w stanie zrozumieć, że jest to tzw.kręcenie beki. W Ameryce pojawiło się Steel Panther, które bez cienia litości wyśmiało scenę glamową lat 80 z jej makijażem i tekstami ograniczającymi się do imprez, narkotyków oraz wszechobecnego seksu. Było też Tenacious D (Dosłownie „Ciągliwy K”, cóż nigdy nie był to humor najwyższych lotów), które śmiało się głównie ze schematów występujących w klasycznym heavy metalu (walka z Szatanem, który pojawia się, by pożreć dusze legend rocka, klasyka) oraz ze swojej tuszy. O dziwo pojawił się tego typu projekt również w Polsce, okazało się, że polskie „metaluchy” mają poczucie humoru, a przynajmniej próbują mieć. Mowa oczywiście o już niezwykle popularnym na naszej scenie zespole „Nocny Kochanek”. Grupa zadebiutowała z tą nazwą w filmie animowanym „Kapitan Bomba” utworem „Minerał Fiutta” (dostrzegacie jakieś podobieństwo poruszanych motywów komediowych? Ich subtelność?). Tak sobie trwała, grała i dość często koncertowała, zdobywając szybko rozgłos, na tyle szybko że w 2019, ich jak do tej pory ostatnalbum, zdecydowało się wydać „Wydawnictwo Agora”. I w tym momencie pojawia się mój problem, ponieważ zostałem wyznaczony, by coś napisać o tym wydawnictwie, ponad rok po jego premierze, gdy kurz zdołał się na nim usadowić a hype wygasł. Mowa o albumie „Randka w ciemność”, który zdążył okryć się w rok po debiucie okryć złotem, sprzedając się w ponad 15 tysiącach sztuk, wynik fenomenalny jak na standardy polskiego rynku muzycznego. Jednak gdzie tkwi sukces tego albumu? Co sprawiło, że Polacy tak się na niego rzucili? Może muzyka? Raczej nie, „Nocny kochanek” nie zaprezentował niczego, co by nie było znane na scenie heavy metalowej od ponad 40 lat. Partie gitar do złudzenia przypominają dokonania grupy Iron Maiden a aranże perkusyjne tylko ten obraz dopełniają. No, ale jeśli zrzynać to przecież od najlepszych? Szczerze, czy jest to wadą? Raczej nie, myślę, że nikt się nie spodziewał ambitniejszego materiału. Fani chcieli solidnego, ale powtarzalnego i nudnego kolejnego podejścia do wskrzeszania dawno zmarłego trupa i to dostali, każdemu według uznania i potrzeb. Rozumiem i szanuję to. Takich kapel, które żywią się nostalgią, jest masa w polskim podziemiu metalowym. Można by powiedzieć, że heavy metal ponownie się narodził, gdyby nie to, że większość konkurencji „Nocnego Kochanka” osiąga nakłady, które raczej bawią niż wywołują konsternacje u nadętych pseudomegalomanów (widzicie, macie to z głowy. Nie musicie już zapychać mojej skrzynki mailowej). To, gdzie jest źródło tego sukcesu? Co wyróżnia „Nocnego Kochanka” względem konkurencji? Zgaduje, że już wiecie, do czego piję od czasu tego przydługiego wstępu. Tak, „Nocnego Kochanka” wyróżniają teksty z „humorkiem”. Grupa pisze liryki, które zdaniem kapeli są oparte po prostu na życiu. Same się piszą wraz z upływającymi jesiennymi zorzami… Ot, chociażby, żeby nie szukać daleko tytułowy numer na albumie „Randka w Ciemno” (przygotujcie się na poetyckie wzniesienia i szczyty).
„Do domu wracałem, w noc ciemną jak noc.
Nic nie widziałem, zawołał mnie ktoś.
Głos miała dość męski, lecz pragnęła mnie,
a byłem samotny, od kiedy z kimś rozstałem się!
Wszedłem w ciemno, czemu nie?”
Ach, szczyt subtelnego, wyważonego humoru. Przecież nie ma nic zabawniejszego od przypadkowego seksu z transseksualistą. Panowie z „Nocnego Kochanka” osiągnęli tutaj idealny, przemyślany miks humoru. Gdy spojrzymy na treść programów komediowych na wszelakich „Nocach kabaretowych z…” to zobaczymy, że humor opiera się na dwóch, może trzech tematach. Publika śmieje się z seksu czy dosłownie baby przebranej za chłopa (Igor Kwiatkowski i jego Mariolka czy Kabaret „Koń Polski”), ewentualnie z proboszcza/biskupa.
Grupa „Koń Polski”.
(Źródło: https://www.polsat.pl/news/2019-07-27/jakie-bylo-srebrne-wesele-mariana-i-heli
W przypadku „Nocnego Kochanka” mamy swoisty jackpot, rozwiązanie, które musiało rozbawić każdego, seks oraz chłop przebrany za babę! Genialne! No ale może to jednorazowy wybryk, tak jakoś specjalnie trafiłem w niezbyt jakościowy tekst, ot, żeby Cię zmanipulować drogi czytelniku. To chodźmy dalej, co jeszcze kryje przed nami trzeci album Warszawiaków, jakiż to subtelny humor rozbawi nas do łez. Pozwól jednak mój drogi internauto, że zapytam Cię o jedną kwestię, kojarzysz memy z tirowcami? No cóż, przez jakie ograniczenia daje mi medium zwane recenzją, nie wiem, czy kojarzysz, ale „Nocny Kochanek” akurat kojarzy, Panowie muzycy wiedzą, co piszczy w polskim internecie.
Przykład wyrafinowanego, wykwintnego mema o „tirowcach”.

Źródło: https://chamsko.pl/94914/Tirowcy
Jako że Panowie doskonale wiedzą, co jest „śmieszne”, to zdecydowali się wskoczyć na karuzelę śmiechu i stworzyli swoją wersję żartu o kierowcach. Zapnijcie pasy, ruszamy. Nocny Kochanek z kompozycją „Tirowiec”.
„Brzuch podtrzymuje kierownicę
Radyjko CB cicho gra
Z imieniem „Andrzej” mam tablice
Choć nie wiem jak na imię mam
Mówił mi szef, że diesel drogi
Więc do podłogi dociskam gaz
Guma mi pękła pod Radomiem
Musiałem oddać cały hajs
Dziewczynom z pomocy drogowej
Co poświeciły mi swój czas”
Czaicie? Że wiecie, że hehe seks z prostytutkami a kierowcy to debile, bo nawet nie wiedzą, jak się nazywają! Ha ha, kupa śmiechu. Nie ma nic zabawniejszego od obrażania grup społecznych i generalizowania. W sumie właśnie to mnie najbardziej razi w przypadku grupy, którą lubię pieszczotliwie nazywać „Wieczorny Lovelas”, oni nie śmieją się tylko z siebie czy gatunku, jaki grają. Nie jest to nieszkodliwy, niewymierzony w nikogo żart. Grupa w tekstach celowo dobiera tzw. niziny społeczne i je wyśmiewa. Dostało się nie tylko tirowcom, ale i bezdomnym czy alkoholikom. Ba, na poprzednim albumie pojawił się nawet tekst opowiadający o tym, jak ktoś dorzucił wokaliście grupy pigułkę gwałtu do drinka. Bo przecież faceta nie da się zgwałcić, tak samo, jak prostytutkę. Powiem wprost, jestem przerażony. W jakiej, alternatywnej, przedziwnej rzeczywistości żyjemy, że takie albumy osiągają status złotej płyty? Albumy z nudną i leniwą, zagraną już setki razy muzyką oraz z tekstami na żenującym poziomie, które nie tylko oferują mierny humor, ale wręcz naruszają granice dobrego smaku. Kto to kupuje i dlaczego? Nie wiem i już nie próbuję zrozumieć. Nie słuchajcie tego albumu, chcecie heavy metalu? Posłuchajcie stare płyty Iron Maiden, muzycznie podobne, ale parę poziomów lepsze, a jeśli bawi was prosty humor opierający się na seksie, alkoholu i chłopie przebranym za babę to odpalcie sobie jakiś kabaret. Wyjdzie na to samo.
Marcin Jagieła

