Rok w rok przed Oscarami mamy okazję zapoznać się z nominowanymi do innej nagrody, do tzw. Złotej Maliny. „Nagrody”, która ma wskazać najgorszych przedstawicieli „dziesiątej muzy”. Zwykle nominowane są naprawdę tragiczne produkcje z okropnymi rolami – filmy, które nigdy nie powinny powstać. Nie tylko niedomagające technicznie, ale i leniwe, bez cienia kreatywności. Postanowiłem pocierpieć za Was, obejrzałem nominowane produkcje, żebyście Wy nie musieli. W takim razie, co jest tak złe, że aż warte obejrzenia? A co najlepiej nigdy, nigdzie nie ujrzeć? Jaki film swoją miernością wywoła cyniczny uśmieszek na Waszych twarzach?
W tym roku kategoria „Najgorszy film” ma mocnego kandydata, który moim zdaniem może być pewien wygranej. Wyobraźcie sobie film tak zły, że widzowie na jego premierę specjalnie przychodzą pod wpływem narkotyków, a inni muszą powstrzymywać się przed wymiocinami. Jak donosi „The Washington Post”, takim filmem są właśnie „Koty”, a jeśli nie wierzycie amerykańskim dziennikarzom, to uwierzcie mi. Nie, nie oglądałem tego filmu, będąc pod wpływem środków odurzających (chociaż taki pomysł raz po raz pojawiał się w mojej głowie), ale faktycznie film jest po prostu obrzydliwy. Nie jest to wina skryptu czy gry aktorskiej, akurat tutaj i w jednym i drugim przypadku mamy porządną rzemieślniczą robotę. Problemem są efekty specjalnie, absurdalnie nieudane, przypominające graficznie czasy, gdy na rynku konsol debiutowało PlayStation 2 (to jest spóźnione o jakieś 20 lat). To nie jest też tak, że przeszkadza mi dziwność tego filmu, uważam się za fana filmów uznawanych za psychodeliczne czy kiczowate. Uwielbiam filmy, które są specyficzne zarówno takie jak „Rocky Horror Picture Show” czy campowe kino stylistyki grindhouse, gatunek tak naprawdę nie gra roli. Jednak tego typu produkcje są celowe kiczowate, celowo przerysowane czy obrzydliwe. Nie są skutkiem nieudanego eksperymentu. Po raz setny wolę zobaczyć Tima Curry’ego w rajstopach i gorsecie niż Idrisa Elbe prężącego się do kamer, dumnie prezentującego brak męskich genitaliów.
Natomiast na ich brak nie może narzekać inny nominowany! Po raz kolejny do kin zawitał John Rambo i po raz kolejny postać Sylvestra Stallona rusza na misję, którą kieruje zemsta. Tak, teraz jest moment, żeby wspólnie ziewnąć. Film jest do bólu schematyczny i tak klasyczny i zanurzony w stylistyce lat 80 jak sam Stallone. Cholera, trzeba jednak przyznać, że przynajmniej nie wywołuje wymiotów jak „Koty”, no może raz, gdy dochodzi do krwawego, zdecydowanie przesadzonego brutalnego finału produkcji. Ostatnim filmem, który zasiada na moim podium, faworytów do zdobycia „Złotej Maliny” jest produkcja „The Haunting of Sharon Tate”. Wyobraźcie sobie przedstawienie historii mordu na Sharon Tate w formie slashera. Jeśli uważacie, że „Pewnego razu w Hollywood” miało za zadanie cynicznie i niesmacznie zarobić na mordzie dokonanym przez sekte Mansona to nie oglądajcie „The Haunting of Sharon Tate”, bo ten film w przeciwieństwie do „Pewnego razu w Hollywood” miał takie zadanie. Cały dramat tych wydarzeń zostaje tutaj pretekstem do pokazania kolejnego horroru/thrillera klasy B. Co ciekawe w filmie występuje aktor polskiego pochodzenia, Paweł Szajda. Aktor, którego możecie znać z produkcji takich jak „Pod słońcem Toskanii” czy „Zdrajca w naszym typie” (wcielił się w zabójcę o niebieskich oczach) zagrał Wojciecha Frykowskiego, polskiego producenta, który również zginął w ataku na posiadłość Polańskiego. Niestety aktualnie nazwisko Frykowski raczej kojarzy się z wnuczką producenta i jej wyczynach w „Big Brother”, tym milej, że scenarzysta o polskim filmowcu pamiętał.

Przejdźmy do kategorii najgorszy aktor. Tutaj mam dwóch swoich faworytów, aktorów zresztą zwykle grających całkiem przyzwoicie, nominowani są Matthew McConaughey oraz James Franco. Jeden i drugi grający kuriozalne role w kuriozalnych filmach, Panowie chyba czas zmienić agenta lub zastanowić się co i gdzie gracie (lub w przypadku Franco co reżyserujecie). Osobiście stawiam na to, że „Złotą Malinę” otrzyma raczej Franco, po prostu wypada w tej parze gorzej.
W damskiej kategorii nie jest aż tak wyrównanie, stawiam dolary przeciwko orzechom, że nagrodę dla najgorszej aktorki otrzyma Francesca Hayward za rolę w „Kotach”. Nie zagrała źle, po prostu myślę, że „Koty” pociągną ją za sobą na dno. Za „Koty” ukarany może również zostać Tom Hooper, człowiek, który wyreżyserował ten koszmar wyciągnięty niemal z hipotezy mówiącej o dolinie niesamowitości. Przecież to on musiał w pewnym momencie procesu produkcyjnego stwierdzić „Panowie, Panie jest git, to wygląda super, puszczamy to w świat”. Tak Tom, to Ty odpowiadasz za nasze mdłości (oraz za fakt, że widok nagiej, kociej hybrydy Idrisa Elby nadal jest gdzieś tam w naszej pamięci) i mam nadzieję, że „Złota Malina” zawędruje prosto do Ciebie.
Największe kontrowersje w tym roku wywołują nominacje do „Złotej Maliny” za „Lekkomyślny brak szacunku dla ludzkiego życia lub własności publicznej”. Nominowane są produkcje takie jak ostatni Rambo, co można zrozumieć czy „The Haunting of Sharon Tate”, które moim zdaniem powinno zwyciężyć w tej kategorii. Jednak myślę, że wygra inny film, nominacja, której ogłoszenie wywołało wcześniej wspomniane przeze mnie kontrowersje. Komisja „Złotej Maliny” nominowała „Jokera”, produkcję, która otrzymała dwa „Złote Globy” oraz jest nominowana w 11 Oscarowych kategoriach. Myślę, że właśnie na przekór zachwytom krytyków czy widzów wygra „Joker”, tylko po to, by narobić szum medialny wokół nagrody.
Tak się prezentują moi faworyci do wygrania „Złotej Maliny”, kiedy dowiemy się, kto ją wygra? Wyjątkowo w tym roku po Oscarach, zwykle „Złotą Malinę” przyznawano na dzień przed rozdaniem nagród Oskarowych. W tym roku jednak nie wiadomo, kiedy zostaną ogłoszeni „zwycięzcy”, na oficjalnej stronie organizacji wręczającej „Złotą Malinę” brakuje tej informacji, cóż przynajmniej jest pretekst, żeby wręczyć antynagrodę samemu sobie.
Marcin Jagieła

