Żyjemy teraz w świecie, kiedy możemy korzystać z mediów o dowolnej porze i w dowolnym miejscu na Ziemi. Myślę, że spośród dziesięciu osób, należących do pokolenia milenialsów i zapytanych o to, gdzie oglądają swoje ulubione seriale, dziewięć mogłoby odpowiedzieć: Netflix. „Wiedźmin”, „Stranger Things” i wiele innych seriali dostępnych na Netflixie – bez tych produkcji niemożliwe jest chyba spędzenie wolnego czasu w domu.
Ja osobiście pamiętam, kiedy jeszcze kilkanaście lat temu nikt nawet nie marzył, że będzie coś takiego jak Netflix czy inne platformy streamingowe. Wówczas prym wiodły seriale, które pojawiały się codziennie na ekranach naszych telewizorów. Najbardziej lubiłem oglądać „Miodowe lata”. Ten serial komediowy o przygodach Karola Krawczyka i Tadeusza Norka bawi do łez aż do dziś, a sam scenariusz jest chyba najlepszy spośród wszystkich polskich seriali z ostatnich lat. W dzieciństwie oglądałem dosyć często także inne seriale – „Klan”, „Pierwsza miłość” „Na dobre i na złe”, „Barwy szczęścia”, „Na wspólnej” czy w końcu „M jak miłość”. Te tytuły emitowane są od kilkunastu lat, każdy z nich ma setki czy tysiące odcinków. Pisząc ten tekst, policzyłem, że te sześć seriali łącznie doczekało się ich… ponad 14 tysięcy (!). Jest to niebotyczny wynik. Nawet „Moda na sukces” ma mniej odcinków.

Z jednej strony długoletnia obecność tych seriali na ekranach naszych telewizorów może świadczyć o ich popularności i gronie wiernych widzów. Mimo to, rodzą się dwa pytania: czy wciąż warto oglądać te seriale, a poza tym czy wiadomo w ogóle, co się w tych serialach dzieje? Na początku tego stulecia cała Polska żyła przygodami serialowych rodzin Lubiczów, Mostowiaków czy lekarzy z Leśnej Góry. Sam pamiętam, jak w każde popołudnie oglądałem kolejny odcinek „Klanu”, a w niedzielę czekałem na „Na dobre i na złe”. Kiedyś w tych serialach było coś magicznego. Taka nostalgia spotęgowana może być chyba muzyką. Kto z nas nie pamięta słynnego „Życie jest nowelą” albo piosenek z „M jak miłość” oraz „Na dobre i na złe”, śpiewanych odpowiednio przez Wojciecha Gąssowskiego czy Annę Jurksztowicz? Myślę, że prawie każdy. Te utwory idealnie pasowały do klimatu tych seriali, przez co chyba z takim utęsknieniem czekało się na emisję kolejnych odcinków.
Od kilku lat zdarza mi się jednak obserwować pewnego typu déjà vu. Kiedy tylko włączę telewizor i widzę któryś z wyżej wymienionych seriali, mam nieodparte wrażenie, że po raz kolejny oglądam to samo. Intrygi, romanse, zdrady czy wątki kryminalne – to pojawia się w każdym serialu. Czy scenarzyści nie mają już pomysłu na fabułę? Zadaję sobie to pytanie cały czas. Smuci mnie trochę to, że praktycznie w każdym serialu, który jest w telewizji, jego akcja i losy bohaterów są tak przewidywalne dla widza. Wydaje mi się, że mało kto będzie też pamiętał, co działo się w danej produkcji w odcinku, emitowanym kilka tygodni wcześniej. Muszę powiedzieć, że sam byłem wyraźnie zdezorientowany, oglądając ostatnio jeden z takich seriali. Dlaczego tak się stało? Przyczyna była prosta. Dlatego, że długo go nie oglądałem, nie wiedziałem, co aktualnie się w nim dzieje.
Polskie seriale obyczajowe czasami są ciekawe, lecz w moim odczuciu, niewiele z nich wyróżnia się obecnie znacząco od reszty takich produkcji. Obejrzenie „M jak miłość” czy „Na wspólnej” raz na jakiś czas z pewnością nie zaszkodzi. Jeżeli jednak chcecie zobaczyć ciekawą historię, która trzyma cały czas w napięciu, to lepszym wyjściem może być jednak obejrzenie całego sezonu ulubionego serialu na Netflixie.
Wojciech Skucha

