W ostatnim czasie muzyka disco polo z wielkim przytupem weszła na salony. Sądzę, że bez tego rodzaju piosenek niemożliwe jest żadne, polskie wesele. Radosne, taneczne utwory są obecne w radiu, telewizji; odbywają się festiwale, koncerty, powstają książki na ten temat… Powstają też filmy.
W 2015r. na ekranach kin zagościło „Disco polo”. Produkcja, która właściwie jako pierwsza opowiadała o fenomenie tego gatunku, mogła poszczycić się naprawdę dobrą obsadą. Tomasz Kot, Dawid Ogrodnik czy Joanna Kulig to przecież obecnie czołowi polscy aktorzy. Mimo to, poziom samego filmu był co najwyżej przeciętny. Kiedy pojawiły się informacje o tym, że w tym roku ma ukazać się „Zenek”, czyli film poświęcony liderowi zespołu Akcent, Zenonowi Martyniukowi, poczułem pewien dysonans i zacząłem pytać samego siebie z niedowierzaniem. Czy muzyka disco polo to rzeczywiście dobry pomysł na muzyczny film biograficzny?!
Jeżeli chodzi o takie filmy na świecie, powstało ich sporo. W zeszłym roku oglądałem „Bohemian Rhapsody”, opowiadające o legendarnej grupie Queen i życiu jej frontmana, Freddie’ego Mercury’ego. Prywatnie bardzo sobie cenię piosenki brytyjskiego zespołu. Przywołane „Bohemian Rhapsody”, „Radio GaGa” czy wreszcie kojarzące się z jakimkolwiek sportowym sukcesem „We are the champions” – to klasyki, których mimo upływu lat wciąż genialnie się słucha. Sam film był ciekawy, szczególnie interesujące i udane było według mnie odwzorowanie scen ze słynnego koncertu Live Aid w 1985r. Wówczas na stadionie Wembley w Londynie odbył się chyba najbardziej pamiętny występ grupy Queen w jej historii. Twórcy filmu wykazali się ogromną dbałością o detale i dołożyli wszelkich starań, żeby ta scena jak najbardziej przypominała oryginalny koncert. Odtwórca głównej roli, czyli Rami Malek, również wiernie odwzorował graną przez siebie postać brytyjskiego muzyka, dzięki czemu udało się zachować typową dla Mercury’ego charyzmę. Dowodem tego jest nagrodzenie aktora Oscarem za najlepszą rolę męską w 2018r.
Inną filmową opowieścią, jaka przychodzi mi na myśl jest „Ray”. Dzieło poświęcone Rayowi Charlesowi, wybitnemu pianiście i ikonie bluesa, ujrzało światło dzienne w 2004r., kilka miesięcy po śmierci muzyka. Sam film pokazuje życie tytułowego bohatera od momentu, kiedy jako kilkuletni chłopiec traci wzrok, natomiast w dalszej części możemy prześledzić historię zdobycia sławy przez Raya. Jamie Foxx, który wcielił się w tę rolę, został nagrodzony Oscarem w 2005r. Jego wybór do obsady filmu był strzałem w dziesiątkę, ponieważ myślę, że idealnie odtworzył tę postać. Amerykański komik i piosenkarz wyglądał niemal jak sobowtór legendy bluesa. Właśnie dlatego ta rola zapada na długo w pamięć.
Wróćmy jednak na polskie podwórko. Filmem biograficznym z muzyką w tle, który najbardziej przypadł mi do gustu, jest „Skazany na bluesa” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego. Opowiada on historię wokalisty zespołu Dżem, Ryszarda Riedla. Widziałem go wielokrotnie, jednak za każdym razem wydaje mi się on niezwykle ciekawy, a zarazem bardzo wzruszający. Przez ponad półtorej godziny widzimy drogę Riedla oraz jego grupy na szczyt. Drogę, która była bardzo wyboista i kręta z uwagi na bardzo barwne życie, jakie prowadził wokalista. W jego rolę wcielił się Tomasz Kot. I była to znakomita rola.
Z filmem „Zenek” sytuacja jest zgoła odmienna. Jego premiera budzi u mnie bowiem spore wątpliwości i rodzi wiele niewiadomych. Oglądałem zwiastun, zapowiadający tę produkcję, lecz nie przekonuje mnie on w kontekście ewentualnego zainteresowania się tym tytułem i zobaczeniem go w kinie. Miałem wrażenie, że trailer tego filmu jest zapowiedzią historii, która przypomina coś w rodzaju współczesnego „amerykańskiego snu”. Chodzi o spełnienie marzeń i osiągnięcie sukcesu przez głównego bohatera mimo wszelkich przeciwności losu. To, co można zobaczyć w zwiastunie, jest trochę sztampowe, w związku z czym raczej do mnie to nie przemawia.
Drugim problemem jest data premiery. Jest to 14 lutego, a więc Walentynki. Ciężko powiedzieć, czy taki termin jest dobrym pomysłem. Porównując inne filmy biograficzne, a także światowe premiery, które możemy oglądać na dużym ekranie, ekranizacja historii „króla disco polo” nie będzie raczej pierwszym wyborem widzów, którzy przybędą do kin. Nie wszyscy są fanami muzyki disco polo, nie wszyscy zapewne pójdą na projekcję filmu „Zenek”. Tym bardziej w Walentynki. Wszystko zweryfikuje odbiór tego dzieła po premierze, a także ewentualna popularność, jaką będzie się cieszyło. Ja raczej obejrzę je dopiero po jakimś czasie, prawdopodobnie z ciekawości.
Czy ten film i tematyka, jakiej dotyczy, jest na tyle interesująca, by przyciągnąć tłumy widzów do kin? Według mnie niekoniecznie, ale ostateczną opinię zostawiam wam. Natomiast zdecydowanie lepszym pomysłem na spędzenie Walentynek będzie romantyczny spacer we dwoje czy uroczysta kolacja przy świecach.
Wojciech Skucha

