Kultura „złej” książki

Ostatnio siedząc w kawiarni, kiedy przeglądałam najnowsze wiadomości oraz wpisy na portalach społecznościowych, zrodziła się w mojej głowie pewna myśli. Mianowicie stwierdziłam, że dzisiejsza literatura zrodziła roboczo przeze mnie nazwaną kulturę „złej” książki. Każda nowa pozycja, która zyskuje poklask społeczeństwa i zostaje okraszona koroną „bestsellera”, jest krótko mówiąc niskich lotów. Nie wabi czytelnika wielopoziomową fabułą czy też wielobarwnymi postaciami, ale prostotą i konwenansami. Naprawdę. Mam wrażenie, że każda kolejna książka, jest kopią poprzedniej z niewielkimi apgrejdami. Generalnie wszystkie te bliźniaczki albo się kocha albo nienawidzi, co bardzo pasuję do trendów, jakie panują w XXI wieku.

Dla wyznawców hejtu, kultura złej książki, jest możliwością do bezkarnego wysławiania swojej religii nienawiści. Ze względu na lichość wartości intelektualnych zwartych w nowych bestsellerach, wyznawcy mogą wytestować swój arsenał wysublimowanych (i tych mniej też) uwag, które mają uświadomić wszystkich naokoło (nawet tych co mają to w głębokim poważaniu) jak dana pozycja jest zła, i że lepiej wyskoczyć z okna, niż wziąć ją do rąk. Daje to również pole do atakowania samego autora takiej „wybitnej” pozycji, którego można ściągnąć nawet do poziomu Hitlera, który mógłby się uczyć od pisarza, jak skutecznie zamęczyć społeczeństwo.

Jest też druga strona tego medalu, czyli ludzie kultywujący kulturę złej książki w ten miły sposób. Rozgłaszają wszem i wobec, jak dobrą nowinę, że lepszej i bardziej fascynującej pozycji, to oni chyba jeszcze w życiu nie czytali. Wyznawcy tego obozu cenią sobie w owych dziełach niefrasobliwą fabułę oraz stereotypowe postacie, które łatwo załadować do szufladki – dobry – zły, kochanek – przyjaciel – wróg i tak dalej. Jak jeszcze opisane historię zahaczają o obecne trendy i dodamy do tego wątek dzikich igraszek seksualnych, czy też wielki rozlew krwi, to nasi wyznawcy aż ryczą w swych modlitwach zwanych postami, jakie błogosławieństwo zostało zesłane na ten padół zwany Polską. Jak widać ukazuje nam się tutaj zasadność powiedzenia „ Ze skrajności w skrajność”, a na horyzoncie nie widać złotego środka.

Utwory królujące w kulturze, o której mówię, to pozycję dla każdego i do czytania wszędzie. W domu, pracy, w podróży, na toalecie. Bez kontemplacji, bez komplikacji, idealne produkty czytelnicze wciągające człowieka, jak paczka chipsów – nigdy nie kończy się na jednym. Bohaterowie „złych” książek to tak wielki miks (nie youtube’a, choć prawie, bo zwierają w sobie wszystko i nic) postaci literackich, które zdobyły serca czytelników na przestrzeni lat. Muszą być jednocześnie uniwersalne, jak i wyjątkowe. Nazwę ich ładnie bohaterami oksymoronowi albo królami sprzeczności. Gdyby postacie z tych książek istniały naprawdę, z miejsca wylądowałby w psychiatryku, ze względu na rozdwojenie jaźni albo wysokie skłonności psycho/socjopatyczne – patrz podbijający serca polek mafioso Massimo.

Podsumowując ten bardzo przykry wywód na temat stanu dzisiejszej literatury – jest źle, ale mogło być gorzej. Moim skromnym zdaniem, kultura „złej” książki, pomimo wszystkich swoich grzechów, jakie czyni, ma jedną bardzo ważną funkcję, która zmusza mnie do zaaprobowania jej. Mianowicie powoduje, że ludzie czytają. A to Moi drodzy największa przysługa, jaką ta kultura mogła wyświadczyć naszemu cyfrowemu społeczeństwu.

Ps. Słowo zła w nazwie, zostało wzięte w cudzysłowie, ponieważ jest to moje subiektywne zdanie, nie definiujące w żaden sposób charakteru dzieł publikowanych w dzisiejszych czasach.

Natalia Krzywoń

Dodaj komentarz