„Telewizyjne show znów na antenie – hit czy kit?”

Prywatnie jestem wielkim fanem teleturniejów. Mój sentyment do tego typu programów telewizyjnych narodził się mniej więcej pod koniec 2002 roku. Miałem dokładnie 5 lat, gdy na antenie pojawiła się „Awantura o kasę”, prowadzona przez Krzysztofa Ibisza. Licytowanie przez drużyny odpowiedzi na pytanie w czekaniu na to, który z kapitanów pierwszy krzyknie w decydującym momencie rozgrywki „va banque”, żeby zaryzykować wszystkie pieniądze i mieć szanse na zdobycie mistrzostwa, trzymały w napięciu przez całą godzinę. Wtedy też przyrzekłem sobie, że kiedyś wystąpię w teleturnieju (mam nadzieję, że to marzenie kiedyś się spełni). Do tej pory żałuję, że ten genialny w swojej prostocie, program od wielu lat nie został reaktywowany.
Na salony powrócił w tym roku jednak mój drugi, ulubiony teleturniej z dzieciństwa. „Va banque”, bo o tym formacie mowa, to polski odpowiednik programu „Jeopardy”, emitowanego w USA od blisko 40 lat. W przeciwieństwie do większości quizów telewizyjnych, uczestnicy tego formatu odpowiadają na pytanie… pytaniem. Na ekranie pojawia się wskazówka dotycząca hasła, a ten, kto zgłosi się jako pierwszy, musi zadać pytanie dotyczące tematu podanej ciekawostki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to trudne, ale przez to właśnie tak bardzo interesujące.
Nad Wisłą ten teleturniej doczekał się swojej wersji w 1996r. Był on prowadzony przez wybitnego aktora, Kazimierza Kaczora. Po siedmiu latach, „Va banque” zdjęto jednak z anteny. Na początku tego roku program powrócił, tym razem z nowym prowadzącym, Przemysławem Babiarzem. Według mnie jest świetnym komentatorem sportowym, ale tu był dla mnie pewną niewiadomą. Niemniej jednak, po kilku odcinkach muszę stwierdzić, że „Va banque” po metamorfozie ogląda się naprawdę przyjemnie. Natomiast mieszane uczucia mam co do innych programów, które powróciły po latach nieobecności na ekrany naszych telewizorów.
Od trzech lat możemy znów oglądać „Milionerów”. Walka uczestników o milion złotych jest emitowana od poniedziałku do czwartku. Mimo tego, że każdy odcinek trwa mniej więcej pół godziny, w dodatku z legendarną przerwą na reklamy, po której mamy poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie w grze, to powrót tego formatu na salony oceniłbym pozytywnie.
Inaczej sprawy mają się z innym teleturniejowym klasykiem. Ponad 2 lata temu w nowej odsłonie na antenie pojawiło się „Koło fortuny”. Prowadzącym został wówczas Rafał Brzozowski, Pamiętam, że czekałem z niecierpliwością na pierwszą emisję odświeżonej wersji tego show. Wiadomo, jak to zawsze bywa z programem, który wraca po latach. Mój entuzjazm osłabł jednak po kilkunastu odcinkach, kiedy zauważyłem, że w każdym z nich jesteśmy świadkami wykonania przez prowadzącego piosenki, będącej tematem rundy muzycznej. Zdaję sobie sprawę z tego, że taki zabieg miał na celu uatrakcyjnienie programu, aby był on ciekawszy dla widzów. Natomiast przeplatanie rozgrywki z muzyką w tym przypadku nie do końca było dobrym pomysłem. Przypominało mi to trochę zrobienie na siłę drugiego „Jaka to melodia?”. Rzeczywistość okazała się na tyle przewrotna, że w tych programach doszło do wymiany prowadzących. Brzozowski został nowym gospodarzem „Jaka to melodia”, a do „Koła fortuny” trafił Norbi. Można powiedzieć, że powiedzenie „fortuna kołem się toczy” w tym przypadku pasuje jak ulał.
Tak czy siak, warto oglądać teleturnieje, do czego was bardzo gorąco zachęcam. Jest to rodzaj rozrywki, który ma w sobie coś magicznego, i który chyba nigdy się nie znudzi.
Wojciech Skucha
„Złote Maliny 2020, czyli kto zasłużył na anty-Oscara.”
Rok w rok przed Oscarami mamy okazję zapoznać się z nominowanymi do innej nagrody, do tzw. Złotej Maliny. „Nagrody”, która ma wskazać najgorszych przedstawicieli „dziesiątej muzy”. Zwykle nominowane są naprawdę tragiczne produkcje z okropnymi rolami – filmy, które nigdy nie powinny powstać. Nie tylko niedomagające technicznie, ale i leniwe, bez cienia kreatywności. Postanowiłem pocierpieć za Was, obejrzałem nominowane produkcje, żebyście Wy nie musieli. W takim razie, co jest tak złe, że aż warte obejrzenia? A co najlepiej nigdy, nigdzie nie ujrzeć? Jaki film swoją miernością wywoła cyniczny uśmieszek na Waszych twarzach?
W tym roku kategoria „Najgorszy film” ma mocnego kandydata, który moim zdaniem może być pewien wygranej. Wyobraźcie sobie film tak zły, że widzowie na jego premierę specjalnie przychodzą pod wpływem narkotyków, a inni muszą powstrzymywać się przed wymiocinami. Jak donosi „The Washington Post”, takim filmem są właśnie „Koty”, a jeśli nie wierzycie amerykańskim dziennikarzom, to uwierzcie mi. Nie, nie oglądałem tego filmu, będąc pod wpływem środków odurzających (chociaż taki pomysł raz po raz pojawiał się w mojej głowie), ale faktycznie film jest po prostu obrzydliwy. Nie jest to wina skryptu czy gry aktorskiej, akurat tutaj i w jednym i drugim przypadku mamy porządną rzemieślniczą robotę. Problemem są efekty specjalnie, absurdalnie nieudane, przypominające graficznie czasy, gdy na rynku konsol debiutowało PlayStation 2 (to jest spóźnione o jakieś 20 lat). To nie jest też tak, że przeszkadza mi dziwność tego filmu, uważam się za fana filmów uznawanych za psychodeliczne czy kiczowate. Uwielbiam filmy, które są specyficzne zarówno takie jak „Rocky Horror Picture Show” czy campowe kino stylistyki grindhouse, gatunek tak naprawdę nie gra roli. Jednak tego typu produkcje są celowe kiczowate, celowo przerysowane czy obrzydliwe. Nie są skutkiem nieudanego eksperymentu. Po raz setny wolę zobaczyć Tima Curry’ego w rajstopach i gorsecie niż Idrisa Elbe prężącego się do kamer, dumnie prezentującego brak męskich genitaliów.
Natomiast na ich brak nie może narzekać inny nominowany! Po raz kolejny do kin zawitał John Rambo i po raz kolejny postać Sylvestra Stallona rusza na misję, którą kieruje zemsta. Tak, teraz jest moment, żeby wspólnie ziewnąć. Film jest do bólu schematyczny i tak klasyczny i zanurzony w stylistyce lat 80 jak sam Stallone. Cholera, trzeba jednak przyznać, że przynajmniej nie wywołuje wymiotów jak „Koty”, no może raz, gdy dochodzi do krwawego, zdecydowanie przesadzonego brutalnego finału produkcji. Ostatnim filmem, który zasiada na moim podium, faworytów do zdobycia „Złotej Maliny” jest produkcja „The Haunting of Sharon Tate”. Wyobraźcie sobie przedstawienie historii mordu na Sharon Tate w formie slashera. Jeśli uważacie, że „Pewnego razu w Hollywood” miało za zadanie cynicznie i niesmacznie zarobić na mordzie dokonanym przez sekte Mansona to nie oglądajcie „The Haunting of Sharon Tate”, bo ten film w przeciwieństwie do „Pewnego razu w Hollywood” miał takie zadanie. Cały dramat tych wydarzeń zostaje tutaj pretekstem do pokazania kolejnego horroru/thrillera klasy B. Co ciekawe w filmie występuje aktor polskiego pochodzenia, Paweł Szajda. Aktor, którego możecie znać z produkcji takich jak „Pod słońcem Toskanii” czy „Zdrajca w naszym typie” (wcielił się w zabójcę o niebieskich oczach) zagrał Wojciecha Frykowskiego, polskiego producenta, który również zginął w ataku na posiadłość Polańskiego. Niestety aktualnie nazwisko Frykowski raczej kojarzy się z wnuczką producenta i jej wyczynach w „Big Brother”, tym milej, że scenarzysta o polskim filmowcu pamiętał.

Przejdźmy do kategorii najgorszy aktor. Tutaj mam dwóch swoich faworytów, aktorów zresztą zwykle grających całkiem przyzwoicie, nominowani są Matthew McConaughey oraz James Franco. Jeden i drugi grający kuriozalne role w kuriozalnych filmach, Panowie chyba czas zmienić agenta lub zastanowić się co i gdzie gracie (lub w przypadku Franco co reżyserujecie). Osobiście stawiam na to, że „Złotą Malinę” otrzyma raczej Franco, po prostu wypada w tej parze gorzej.
W damskiej kategorii nie jest aż tak wyrównanie, stawiam dolary przeciwko orzechom, że nagrodę dla najgorszej aktorki otrzyma Francesca Hayward za rolę w „Kotach”. Nie zagrała źle, po prostu myślę, że „Koty” pociągną ją za sobą na dno. Za „Koty” ukarany może również zostać Tom Hooper, człowiek, który wyreżyserował ten koszmar wyciągnięty niemal z hipotezy mówiącej o dolinie niesamowitości. Przecież to on musiał w pewnym momencie procesu produkcyjnego stwierdzić „Panowie, Panie jest git, to wygląda super, puszczamy to w świat”. Tak Tom, to Ty odpowiadasz za nasze mdłości (oraz za fakt, że widok nagiej, kociej hybrydy Idrisa Elby nadal jest gdzieś tam w naszej pamięci) i mam nadzieję, że „Złota Malina” zawędruje prosto do Ciebie.
Największe kontrowersje w tym roku wywołują nominacje do „Złotej Maliny” za „Lekkomyślny brak szacunku dla ludzkiego życia lub własności publicznej”. Nominowane są produkcje takie jak ostatni Rambo, co można zrozumieć czy „The Haunting of Sharon Tate”, które moim zdaniem powinno zwyciężyć w tej kategorii. Jednak myślę, że wygra inny film, nominacja, której ogłoszenie wywołało wcześniej wspomniane przeze mnie kontrowersje. Komisja „Złotej Maliny” nominowała „Jokera”, produkcję, która otrzymała dwa „Złote Globy” oraz jest nominowana w 11 Oscarowych kategoriach. Myślę, że właśnie na przekór zachwytom krytyków czy widzów wygra „Joker”, tylko po to, by narobić szum medialny wokół nagrody.
Tak się prezentują moi faworyci do wygrania „Złotej Maliny”, kiedy dowiemy się, kto ją wygra? Wyjątkowo w tym roku po Oscarach, zwykle „Złotą Malinę” przyznawano na dzień przed rozdaniem nagród Oskarowych. W tym roku jednak nie wiadomo, kiedy zostaną ogłoszeni „zwycięzcy”, na oficjalnej stronie organizacji wręczającej „Złotą Malinę” brakuje tej informacji, cóż przynajmniej jest pretekst, żeby wręczyć antynagrodę samemu sobie.
Marcin Jagieła
„Film a disco polo – czy takie połączenie jest możliwe?„
W ostatnim czasie muzyka disco polo z wielkim przytupem weszła na salony. Sądzę, że bez tego rodzaju piosenek niemożliwe jest żadne, polskie wesele. Radosne, taneczne utwory są obecne w radiu, telewizji; odbywają się festiwale, koncerty, powstają książki na ten temat… Powstają też filmy.
W 2015r. na ekranach kin zagościło „Disco polo”. Produkcja, która właściwie jako pierwsza opowiadała o fenomenie tego gatunku, mogła poszczycić się naprawdę dobrą obsadą. Tomasz Kot, Dawid Ogrodnik czy Joanna Kulig to przecież obecnie czołowi polscy aktorzy. Mimo to, poziom samego filmu był co najwyżej przeciętny. Kiedy pojawiły się informacje o tym, że w tym roku ma ukazać się „Zenek”, czyli film poświęcony liderowi zespołu Akcent, Zenonowi Martyniukowi, poczułem pewien dysonans i zacząłem pytać samego siebie z niedowierzaniem. Czy muzyka disco polo to rzeczywiście dobry pomysł na muzyczny film biograficzny?!
Jeżeli chodzi o takie filmy na świecie, powstało ich sporo. W zeszłym roku oglądałem „Bohemian Rhapsody”, opowiadające o legendarnej grupie Queen i życiu jej frontmana, Freddie’ego Mercury’ego. Prywatnie bardzo sobie cenię piosenki brytyjskiego zespołu. Przywołane „Bohemian Rhapsody”, „Radio GaGa” czy wreszcie kojarzące się z jakimkolwiek sportowym sukcesem „We are the champions” – to klasyki, których mimo upływu lat wciąż genialnie się słucha. Sam film był ciekawy, szczególnie interesujące i udane było według mnie odwzorowanie scen ze słynnego koncertu Live Aid w 1985r. Wówczas na stadionie Wembley w Londynie odbył się chyba najbardziej pamiętny występ grupy Queen w jej historii. Twórcy filmu wykazali się ogromną dbałością o detale i dołożyli wszelkich starań, żeby ta scena jak najbardziej przypominała oryginalny koncert. Odtwórca głównej roli, czyli Rami Malek, również wiernie odwzorował graną przez siebie postać brytyjskiego muzyka, dzięki czemu udało się zachować typową dla Mercury’ego charyzmę. Dowodem tego jest nagrodzenie aktora Oscarem za najlepszą rolę męską w 2018r.
Inną filmową opowieścią, jaka przychodzi mi na myśl jest „Ray”. Dzieło poświęcone Rayowi Charlesowi, wybitnemu pianiście i ikonie bluesa, ujrzało światło dzienne w 2004r., kilka miesięcy po śmierci muzyka. Sam film pokazuje życie tytułowego bohatera od momentu, kiedy jako kilkuletni chłopiec traci wzrok, natomiast w dalszej części możemy prześledzić historię zdobycia sławy przez Raya. Jamie Foxx, który wcielił się w tę rolę, został nagrodzony Oscarem w 2005r. Jego wybór do obsady filmu był strzałem w dziesiątkę, ponieważ myślę, że idealnie odtworzył tę postać. Amerykański komik i piosenkarz wyglądał niemal jak sobowtór legendy bluesa. Właśnie dlatego ta rola zapada na długo w pamięć.
Wróćmy jednak na polskie podwórko. Filmem biograficznym z muzyką w tle, który najbardziej przypadł mi do gustu, jest „Skazany na bluesa” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego. Opowiada on historię wokalisty zespołu Dżem, Ryszarda Riedla. Widziałem go wielokrotnie, jednak za każdym razem wydaje mi się on niezwykle ciekawy, a zarazem bardzo wzruszający. Przez ponad półtorej godziny widzimy drogę Riedla oraz jego grupy na szczyt. Drogę, która była bardzo wyboista i kręta z uwagi na bardzo barwne życie, jakie prowadził wokalista. W jego rolę wcielił się Tomasz Kot. I była to znakomita rola.
Z filmem „Zenek” sytuacja jest zgoła odmienna. Jego premiera budzi u mnie bowiem spore wątpliwości i rodzi wiele niewiadomych. Oglądałem zwiastun, zapowiadający tę produkcję, lecz nie przekonuje mnie on w kontekście ewentualnego zainteresowania się tym tytułem i zobaczeniem go w kinie. Miałem wrażenie, że trailer tego filmu jest zapowiedzią historii, która przypomina coś w rodzaju współczesnego „amerykańskiego snu”. Chodzi o spełnienie marzeń i osiągnięcie sukcesu przez głównego bohatera mimo wszelkich przeciwności losu. To, co można zobaczyć w zwiastunie, jest trochę sztampowe, w związku z czym raczej do mnie to nie przemawia.
Drugim problemem jest data premiery. Jest to 14 lutego, a więc Walentynki. Ciężko powiedzieć, czy taki termin jest dobrym pomysłem. Porównując inne filmy biograficzne, a także światowe premiery, które możemy oglądać na dużym ekranie, ekranizacja historii „króla disco polo” nie będzie raczej pierwszym wyborem widzów, którzy przybędą do kin. Nie wszyscy są fanami muzyki disco polo, nie wszyscy zapewne pójdą na projekcję filmu „Zenek”. Tym bardziej w Walentynki. Wszystko zweryfikuje odbiór tego dzieła po premierze, a także ewentualna popularność, jaką będzie się cieszyło. Ja raczej obejrzę je dopiero po jakimś czasie, prawdopodobnie z ciekawości.
Czy ten film i tematyka, jakiej dotyczy, jest na tyle interesująca, by przyciągnąć tłumy widzów do kin? Według mnie niekoniecznie, ale ostateczną opinię zostawiam wam. Natomiast zdecydowanie lepszym pomysłem na spędzenie Walentynek będzie romantyczny spacer we dwoje czy uroczysta kolacja przy świecach.
Wojciech Skucha
„Czy warto oglądać polskie seriale obyczajowe?”
Żyjemy teraz w świecie, kiedy możemy korzystać z mediów o dowolnej porze i w dowolnym miejscu na Ziemi. Myślę, że spośród dziesięciu osób, należących do pokolenia milenialsów i zapytanych o to, gdzie oglądają swoje ulubione seriale, dziewięć mogłoby odpowiedzieć: Netflix. „Wiedźmin”, „Stranger Things” i wiele innych seriali dostępnych na Netflixie – bez tych produkcji niemożliwe jest chyba spędzenie wolnego czasu w domu.
Ja osobiście pamiętam, kiedy jeszcze kilkanaście lat temu nikt nawet nie marzył, że będzie coś takiego jak Netflix czy inne platformy streamingowe. Wówczas prym wiodły seriale, które pojawiały się codziennie na ekranach naszych telewizorów. Najbardziej lubiłem oglądać „Miodowe lata”. Ten serial komediowy o przygodach Karola Krawczyka i Tadeusza Norka bawi do łez aż do dziś, a sam scenariusz jest chyba najlepszy spośród wszystkich polskich seriali z ostatnich lat. W dzieciństwie oglądałem dosyć często także inne seriale – „Klan”, „Pierwsza miłość” „Na dobre i na złe”, „Barwy szczęścia”, „Na wspólnej” czy w końcu „M jak miłość”. Te tytuły emitowane są od kilkunastu lat, każdy z nich ma setki czy tysiące odcinków. Pisząc ten tekst, policzyłem, że te sześć seriali łącznie doczekało się ich… ponad 14 tysięcy (!). Jest to niebotyczny wynik. Nawet „Moda na sukces” ma mniej odcinków.

Z jednej strony długoletnia obecność tych seriali na ekranach naszych telewizorów może świadczyć o ich popularności i gronie wiernych widzów. Mimo to, rodzą się dwa pytania: czy wciąż warto oglądać te seriale, a poza tym czy wiadomo w ogóle, co się w tych serialach dzieje? Na początku tego stulecia cała Polska żyła przygodami serialowych rodzin Lubiczów, Mostowiaków czy lekarzy z Leśnej Góry. Sam pamiętam, jak w każde popołudnie oglądałem kolejny odcinek „Klanu”, a w niedzielę czekałem na „Na dobre i na złe”. Kiedyś w tych serialach było coś magicznego. Taka nostalgia spotęgowana może być chyba muzyką. Kto z nas nie pamięta słynnego „Życie jest nowelą” albo piosenek z „M jak miłość” oraz „Na dobre i na złe”, śpiewanych odpowiednio przez Wojciecha Gąssowskiego czy Annę Jurksztowicz? Myślę, że prawie każdy. Te utwory idealnie pasowały do klimatu tych seriali, przez co chyba z takim utęsknieniem czekało się na emisję kolejnych odcinków.
Od kilku lat zdarza mi się jednak obserwować pewnego typu déjà vu. Kiedy tylko włączę telewizor i widzę któryś z wyżej wymienionych seriali, mam nieodparte wrażenie, że po raz kolejny oglądam to samo. Intrygi, romanse, zdrady czy wątki kryminalne – to pojawia się w każdym serialu. Czy scenarzyści nie mają już pomysłu na fabułę? Zadaję sobie to pytanie cały czas. Smuci mnie trochę to, że praktycznie w każdym serialu, który jest w telewizji, jego akcja i losy bohaterów są tak przewidywalne dla widza. Wydaje mi się, że mało kto będzie też pamiętał, co działo się w danej produkcji w odcinku, emitowanym kilka tygodni wcześniej. Muszę powiedzieć, że sam byłem wyraźnie zdezorientowany, oglądając ostatnio jeden z takich seriali. Dlaczego tak się stało? Przyczyna była prosta. Dlatego, że długo go nie oglądałem, nie wiedziałem, co aktualnie się w nim dzieje.
Polskie seriale obyczajowe czasami są ciekawe, lecz w moim odczuciu, niewiele z nich wyróżnia się obecnie znacząco od reszty takich produkcji. Obejrzenie „M jak miłość” czy „Na wspólnej” raz na jakiś czas z pewnością nie zaszkodzi. Jeżeli jednak chcecie zobaczyć ciekawą historię, która trzyma cały czas w napięciu, to lepszym wyjściem może być jednak obejrzenie całego sezonu ulubionego serialu na Netflixie.
Wojciech Skucha
„Nie obchodzi mnie Patryk Vega„
To samo pewnie powiedziało tysiąc innych osób, po czym kupiło bilet, ubrało kurtkę i wyszło do kina na jego kolejny film. Jednak podtrzymuję mimo wszystko tytułowe zdanie i uważam, że Vega obchodzi mnie tyle co kawałek precla znaleziony po dwóch latach za łóżkiem. Ale czasami, mi jest tak po prostu wstyd. Bo przecież jak tak można? Przecież ten scenariusz składa się z samych przekleństw! Fabuła? Dramat! No i na koniec najważniejsze pytanie – kto ogląda takie filmy? Otóż spieszę z odpowiedzią. My, moi drodzy. Tak, dokładnie każdy z nas mówiąc o Vedze, pisząc o nim, oglądając chociaż fragmenty jego filmów przyczyniamy się do tworzenia jego kariery. Chociaż z drugiej strony, czasem mnie jakiś smutek ogarnia, że taki jeden Vega został najgorszym z najgorszych dla połowy kraju. Przecież nikomu krzywdy nie zrobił, tylko produkuje sobie filmy. W tym momencie muszę urwać ten wątek, bo zaraz się okaże, że go nawet trochę lubię.
Przejdźmy do tego, co nas, humanistów, interesuje najbardziej – do statystyk.
„Wyniki otwarcia” (czyli weekendy poprzedzające premierę kinową filmu) Vegi mogą zaszokować bardziej niż nagłówek z „Faktu”. „Botoks” w trzy dni obejrzało 711 906 osób. „Pitbull: Niebezpieczne kobiety” – 767 519. Na seansie „Polityki” zasiadło 933 459 ludzi.
To tylko fragment całego zestawienia, bo na całość brakłoby miejsca w Internecie, wszyscy wiemy z jaką prędkością Vega produkuje filmy. Nie zdążysz skończyć jednego, a już pojawia się kolejny. W publikowaniu zwiastunów filmowych Vega jest szybszy od niejednej YouTubowej vlogerki. Co możemy znaleźć w zwiastunach? Nie mówię tutaj o jakimś jednym konkretnym, tylko o wszystkich razem, bo każdy z nich wygląda tak samo. Zmieniają się tylko przedstawiane w danym dziele zawody – w jednym zobaczymy lekarzy, w innym policjantów, a w jeszcze innym polityków. Dlatego poniżej przedstawiam krótki przepis na zwiastun wg Vegi: Do garnka ze szczątkami jakiejkolwiek niemoralnej historii (która niby mogła wydarzyć się naprawdę, ale też naprawdę nikt nie wie czy to prawda) dodajemy cztery garście brudnego, podłego i zachłannego polskiego społeczeństwa. Do tego wlewamy dwa litry krwi i około piętnaście obciętych kończyn. Do gotującego się zwiastunu wrzucamy cztery garście polskich, siarczystych przekleństw (do każdego zdania po jednym). Pod koniec procesu wrzucamy dobrego bohatera i złego, ewentualnie dwóch złych (w ostatnich minutach i tak nie będziecie wiedzieć kto jest kim). Po uprzednim wymieszaniu dodajemy szczyptę drogich samochodów, dobrze nakręconych scen wypadków i groźnej muzyki. Całość dekorujemy Andrzejem Grabowskim i tym łysym gościem z tribalami na ramieniach, co to zawsze gra u Vegi. Gotowe, smacznego!
Zawsze w swoich filmowych poglądach staram się być liberalna do granic możliwości. I nie mam nic do tego, co ktoś sobie ogląda w kinie albo w domowych pieleszach. Ale Vegę zamknęłam w kategorii „nieoglądalne”, bo po prostu się inaczej nie da. W tym wszystkim nie chodzi o to, żeby każdy człowiek na tej planecie znał scenariusz „Siódmej pieczęci” Bergmana na pamięć, ale o to, żeby w tym oglądaniu filmów stawiać sobie poprzeczkę wyżej i obejrzeć coś, co nas rozwinie, wzruszy, zmusi do zastanowienia się do kefiru, który stoi przed nami, no cokolwiek! Vegę sobie zostawcie na samotne wieczory, teraz cała filmografia tego pana wskoczyła na Netflixa, więc jak chcecie się czymś dobić, to Patryk w takiej sytuacji zadziała jak młotek.
I znowu wszystko fajnie, pośmiałam się z Vegi, a zapomniałam, że w Walentynki do kin wchodzi „Zenek”.
Izabela Olczyk
„Netflix, robisz to źle„
Wyszłabym na barbarzyńcę, jeśli napisałabym, że Netflix to coś złego. Tyle nagradzanych produkcji, tyle świetnych seriali, tak ogromna różnorodność. Na tym portalu można znaleźć milion różnych gatunków, ciekawych fabuł i produkcyjnych perełek. I z większością raczej się zgadzam, bo nieraz padłam ofiarą oglądania czegoś do czwartej nad ranem, a miałam przecież zobaczyć tylko jeden odcinek. Boli mnie niestety jedna sprawa, jeśli chodzi o ten portal – filmy. Mam na myśli filmy produkowane przez Netflixa dla Netflixa. Od razu zaznaczam, że całym sercem kocham filmy dokumentalne ich produkcji. Tutaj można dużo wymieniać, genialne „Homecoming” czy „The Great Hack” oraz wiele innych. I to Netflix robi bezbłędnie, dokładnie rozumiejąc przy tym ideę filmu dokumentalnego.
Ale.
Nie samym dokumentem człowiek żyje, dlatego raz na jakiś czas Netflix publikuje własne produkcje fabularne. I tu już zaczyna być ciężko. Ten najsłynniejszy portal streamingowy wpadł w studnię bez dna o nazwie komedie romantyczne. Zrobienie dobrego rom-comu wymaga masy umiejętności, zarówno przy tworzeniu scenariusza jak i kreowaniu bohaterów. Wszyscy znamy te lukrowane filmy, w których ona piękna, on jeszcze piękniejszy, a wszystko dzieje się w idealnej scenerii jakiegoś większego miasta, w którym z koszy na śmieci wystają róże, a po ulicach chodzą dobrze ubrani ludzie i słodkie pieski. Mam wrażenie, że Netflix z całą świadomością kopiuje tę kliszę. Podam przykład, film „Do wszystkich chłopców, których kochałam”. W ogromnym skrócie i bez zdradzania szczegółów – nastolatka pisała listy, do chłopaków, w których kiedyś była zauroczona, a jej niemiła siostra postanowiła bez jej wiedzy rozesłać je wspomnianych chłopaków. Ale w takim filmie nie ma kłótni, nie ma płaczu. Są tylko bardzo płytkie emocje, które dotyczą tylko tej jednej sytuacji, codzienne życie w takich filmach praktycznie nie istnieje. Bo kto by się przejmował chodzeniem do szkoły, kiedy zaraz wydarzy się tragedia, bo wszyscy chłopcy dowiedzą się, że komuś się podobali! W produkcjach tego typu zawsze powtarza się kilka elementów. Główna bohaterka zazwyczaj ma siostrę, z którą nie ma najlepszych kontaktów, ale niesamowite sytuacje uświadamiają jej, że to przecież jej siostra i że przecież ją kocha. Bohaterka powinna mieć też przyjaciela geja lub przyjaciela jeszcze z czasów dzieciństwa, który jest w niej zakochany od jakichś dwustu lat, ale ona oczywiście tego nie wie (i tak, na koniec prawdopodobnie ona zauważy i nagle stwierdzi, że też go kocha, wiadomo). W komedii romantycznej musi być też jakieś bożyszcze nastolatek, czyli najprzystojniejszy chłopak w szkole, który i tak okaże się złym i nieczułym draniem. Rodzice głównej bohaterki. Tutaj byłoby najlepiej, gdyby któreś z nich nie żyło, żeby wskaźnik współczucia dla bohatera podskoczyło o jakieś tysiąc stopni. Zawsze w takich filmach jedno z rodziców wykonuje jakiś wolny zawód, bo przecież też wszyscy wiemy, że nikt nie chodzi do pracy od 8 do 16. Najczęściej jest pisarzem albo prezenterką telewizyjną. A linię fabularną takiego dzieła można ująć w krótkim szeregu: jest dobrze, potem jest niedobrze, ale jednak znowu dobrze. Na koniec przed napisami pocałunek głównych bohaterów, szczęśliwa miłość, zero problemów, ładna piosenka i tyle. To szybko zdradzę sekret – tak nie wygląda życie, to taka porada dla wszystkich, którzy myślą, że takie piękno może ich spotkać w rzeczywistości.

Ktoś może mi zarzucić, że posłużyłam się jednym przykładem i że na pewno w ogóle się nie znam na tym co mówię, dlatego podam ich więcej – „Wysoka dziewczyna”, „Zamiana z księżniczką”, „Swatamy swoich szefów” i sto tysięcy innych.
Na koniec dodam tylko, że komedia romantyczna to jest wbrew pozorom bardzo przyjemny gatunek, tylko potrzeba trochę odwagi i wyjścia poza schemat przy robieniu takiej produkcji.
Izabela Olczyk
„Zaśpiewaj dla mnie Szatanie„
Dzisiaj porozmawiamy o zawodach serialowych, a konkretnie o jednym. Bardzo wyczekiwałam kolejnego sezonu tego serialu. Naprawdę, miałam nawet ustawione przypomnienie w kalendarzu. Tyle obejrzanych zapowiedzi, tyle komentarzy wyrażających moje podekscytowanie zbliżającą się premierą, tylko po to by po skończeniu wszystkich odcinków powiedzieć „meh”. Mam tutaj na myśli 3 cześć „Chilling Adventures of Sabrina”.
To co od razu mogę powiedzieć o tym sezonie, to jest on inny od poprzednich. Widać silną motywację twórców, by dotrzeć do jak największej widowni – szczególnie tej młodszej. Po czym tak wnioskuję? Myślę tak, ze względu na musicalowe wstawki rodem z HSM. Nie mówię, aktorzy naprawę dobrze śpiewają i tańczą, ale nie dlatego oglądam ten serial. Naprawdę nie sądzę, że wiedźmy do powstrzymania Szatana, muszą umieć wyciągnąć wysokie C. Wiecie, o ile koncepcja Troy Bolton jako wschodzącej gwiazda estrady, miała jeszcze ręce i nogi, tak próbowanie nadać rockowej i niegrzecznej nuty wątłemu Harveyowi, jest po prostu śmieszne. Ross Lynch prywatnie rozwija swoją karierę muzyczną, ale czy to oznacza, ze grana przez niego postać też musi?
Kolejnym minusem tego trzeciego sezonu jest nadmierna feministyczność. Co krok podkreślona jest kwestia niezależności kobiet, tego że są silne, potężne i nie potrzebują mężczyzn, aby dopiąć swego. Powiedziałabym nawet, że mężczyzna w tej części do problematycznej kreatury, która zamiast pomóc, to jeszcze przeszkadza. Jest to naprawdę przerysowany obraz. Rozumiem promowanie takich wartości, ale myślę, że tutaj nie został on odpowiednio przedstawiony. Podobał mi się natomiast wątek reformacji religijnych z jakimi sabat musiał się zmierzyć. Mamy tutaj dość jasny przekaz, że żadna religia nie jest idealna i każda potrzebuje czasem pewnych zmian.
Na pochwałę zasługuję również rozwiniecie postaci Prudence Nigdht (Tati Gabrielle), która w pierwszym sezonie była bardzo pomijana, a którą prywatnie bardzo lubię. Szczególnie spodobało mi się ukazanie jej otwartość na drugiego człowieka, a także na nowe religie (tutaj nowe praktyki czarnoksięskie). Rozczarowała mnie natomiast postać Nicholasa Scratcha, któremu od początku kibicowałam, w miłosnym pojedynku o serce Sabriny. Z jednej strony chciał się dla niej poświecić i oddać jej serce, z drugiej pozostać dalej Nickiem z pierwszego sezonu. Niestety nie mogę więcej zdradzić więcej, bo podeszłoby to pod spoilerowanie.
Czas omówić fabułę w całości. Jest ona po prostu dziwna. Niestety nie w tym pozytywnym sensie, co poprzednie sezony. Za dużo tutaj wątków, które nie łączą się ze sobą w płynny sposób, przez co nie ogląda się tego tak dobrze, jak poprzednie części sagi. Myślę, że producenci nie powinni na siłę dodawać elementów, takich jak wcześniej wspomniane wspomniane wstawki musicalowe czy też Książę Piekieł, który zamiast wzbudzać strach, wyglądaj jakby zaraz po objęciu tronu piekielnego miał sesję dla magazynu „Surfer”. Sposób w jaki chcą przyciągnąć nowy typ widowni do serialu, może spowodować odpływ stałych obiorów. Trzymam kciuki, by kolejny sezon – już potwierdzony – był powrotem do początkowej konwencji serialu.
Natalia Krzywoń

