„Skasowany mózg, czyli jak załatwił mnie Remigiusz Mróz”

Od dłuższego czasu fascynuje mnie tak zwana „Mrozomania”, czyli szerząca się popularność książek Remigiusza Mroza. Jego dzieła zaczęły się pojawiać wszędzie -na każdej witrynie księgarni, w supermarketowym punkciku czytelniczym, na każdej kioskowej półce, żeby już nie wspomnieć o każdym możliwym portalu społecznościowym. Kiedy już myślałam, że uwolnię się od widoku kolejnych dzieł Mroza, pojawił się on – kod qr, który umożliwiał darmowe ściągnięcie jednego z „bestsellerowych” opowiadań autora aż na dwa tygodnie. Właśnie wtedy zrozumiałam, że zmuszona będę sięgnąć po którąś z jego pozycji, by zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
Stwierdziłam, że dobrym kursem, aby zrozumieć czemu Remigiusz Mróz podbija polskie serca, jest sięgnięcie po serię, która doczekała się ekranizację przez stację TVN. Wszyscy doskonale wiemy, że jeśli ta stacja się za coś bierze, to albo musi to być bardzo dobra produkcja (żeby mogli ją zepsuć) albo jest już to materiał, któremu adaptacja krzywdy nie zrobi. Z tego co słyszałam, serial – zaznaczam, że go nie oglądałam – jest całkiem niezły, a nawet dobry. Niestety tak pochlebnych słów nie mogę skierować, w stronę książki, która doprowadziła mnie do depresji intelektualnej.
„Kasacja” czyli pierwsza część z dziesięcio tomowego cyklu o prawniczce Joannie Chyłce i jej podopiecznym Kordianie Oryńskim zamieniła moje przyjemne podróże komunikacją miejską w małe literackie piekło. Po jej lekturze zrozumiałam, czemu stacja TVN nie rozpoczęła od niej swojej ekranizacji. Już na 8 stronie pada stwierdzenie, który bardzo dobrze podsumowuje ambitność tej książki. Mianowicie autor opisuję przestępcę, wprowadza określenie „winny jak ocet”. Cóż za udana gra słów. Dobrze, że istnieje ocet winny, bo mielibyśmy do czynienia z jabłkowym albo spirytusowym rzezimieszkiem – w najlepszym wypadku.
Również postacie wykreowane przez Mroza nie przypadły mi do gustu. Kiedy strona po stronie poznawałam główną bohaterkę – Joannę Chyłkę, panią prawnik, rzekomego „bad ass’a” tej historii, w mojej głowie zagościło jedno słowo, a konkretniej buc. Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek nazwę tak jakąkolwiek kobietę – nawet fikcyjną. Moje zażenowanie budzi również wymyślone przezwisko dla podopiecznego. Zordon. Tak, Zordon, bo według Chyłki Kordian, Kordon, czy Zordon to wszystko to samo. Gdyby Oryński, w pewnym momencie zamienił się w latający hologram głowy, a na pomoc w rozwiązywaniu spraw przybyli by powerrangersi, uznałabym to za nawet trafny przydomek i nawet śmieszny. Jak możecie zgadnąć, takiego zwrotu akcji nie było.
Jeśli chodzi o fabułę i język jakim posługuje się autor, to obie te rzeczy są na poziomie gimnazjum. Bardzo podobne opowiadania kryminalne oddawali moi koledzy, jako pracę zaliczeniową na język polski. Większość dialogów w „Kasacji” jest tak bezsensowna i kolokwialnie mówiąc głupia, że równie dobrze mogłoby ich nie być. Chociaż wtedy bylibyśmy skazani na same opisy wytworzone przez autora, co nie jest lepsza drogą ucieczki.
Pomimo wszystkich złych rzeczy, z których składa się ta książka, ma dwie zalety, dzięki którym, jak mniemam zyskała taki poklask. „Kasacje” bardzo szybko się czyta. Naprawdę, nie czuć kiedy jedna strona, ucieka za drugą. Dodatkowym plusem tej lektury, jest to, że nie trzeba za dużo myśleć. Wiecie jak to mówią – ból szybciej mija, kiedy się o nim nie myśli. Myślę, że tak zasada jest bardzo adekwatna w stosunku do tej książki. Przy tej lekturze zdecydowanie nie musicie wytężać swoich mózgów, a pozwoli wam ona zająć chwilę, gdy np. czekać w kolejce do urzędu. Ostrzegam, osoby które wymagają od książki więcej niż niedojrzałych postaci i niekonwencjonalnych powiedzeń, to ta pozycja może spowodować skasowanie wszystkich ambitnych przemyśleń, jakie powstały na przełomie tygodnia.
Natalia Krzywoń
„Dlaczego książki Stephena Kinga wcale nie są takie dobre„
„Król literatury grozy”, „najwybitniejszy pisarz Ameryki”, „Mistrz nad mistrze”….a może po prostu wypompowana do granic możliwości ikona literatury popularnej odcinająca kupony od kilku udanych książek sprzed 40 lat? Stephen King to twórca tak kontrastowy i tak sprzeczny, że nie łatwo będzie podsumować to wszystko w jednym krótkim tekście, ale spróbuję.

Zacznę od tego, że ten tekst w ogóle nie powinien powstać, ani tym bardziej zostać gdziekolwiek opublikowany. Dlaczego? Ano dlatego, że według wytycznych Kinga nie potrafię nawet pisać. „Żeby dobrze pisać, trzeba pisać co najmniej 3 godziny dziennie i drugie 3 czytać” – nie robię ani tego, ani tego, więc już jesteśmy ze Stephenem na noże.
Zanim przejdę do clue zaznaczę od razu, że nie jestem ani miłośnikiem, ani antyfanem twórczości Kinga. Lubię jego książki, przynajmniej niektóre, ale jako samozwańczy krytyk literacki muszę wylać swoje żale(i trochę pochwał) pod adresem „króla horroru”.
Na początek jednak mały quiz dla Was. Wymieńcie co najmniej 3 książki Kinga, ale nie „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków” i „To” – daliście radę? Niektórzy na pewno, ale patrząc na to, że autor „wysmażył” do tej pory ponad 40 powieści, to trochę bieda, że kilkanaście zostało już praktycznie zapomnianych. Być może w tym właśnie cały problem. Stephen zasuwa z nowymi książkami niczym chiński brygadzista – więcej pisze chyba tylko Remigiusz Mróz – i moim zdaniem wyraźnie widać, na które dzieła faktycznie miał dobry, złożony plan, a które powstały „tak o”. O ile „Lśnienie” czy „Smętarz dla zwierzaków” to faktycznie porywające historie, to np. przeczytanie „Stukostrachów” zajęło mi kilka miesięcy. Nie dlatego, że to gruba książka. Po prostu tak się dłuży, że nie ma się ochoty do niej wracać. Podobnie jeden z ostatnich koszmarków napisany w kooperacji z Richardem Chrizmarem, „Pudełko z guzikami Gwendy” – książka, która poza ciekawym wydaniem(sprzedawana jest w drewnopodobnej obwolucie) nie oferuje praktycznie nic. Historię
o samotnej dziewczynie, która dostaje od tajemniczego pana jeszcze bardziej tajemnicze pudełko, które rozwiązuje wszystkie jej problemy, a na końcu…po prostu mu je zwraca. Oczywiście po drodze leje się krew – w końcu to King. Takich przykładów jest zresztą od chu…dużo w sensie.
Z drugiej jednak strony King zaserwował nam „Lśnienie”, „Cujo” i „To” – książki tak doskonałe, że wszelkie słowa są zbędne. Rodzi się tylko proste pytanie – dlaczego? Dlaczego facet, który potrafi napisać taką perłę jak „Misery” kilka miesięcy później przywalił w nas „Stukostrachami”? Być może po prostu co za dużo, to niezdrowo?
Warto by tez postawić pytanie na ile do sukcesu, przynajmniej komercyjnego, Kinga przyczyniły się filmy oparte na jego prozie, z czego niektórzy widzowie nie zdają sobie zresztą sprawy. Kiedyś byłem świadkiem ciekawej scenki rodzajowej:
- Oglądałem ten nowy film, co klaun porywa dzieci
- „To”?
- O, dokładnie
- No, ja też, ale książka lepsza
- A to była książka?
No właśnie. Niemniej, King to niewątpliwie pisarz wybitny. Nawet jeżeli nie ze względu na twórczość, to sukces i markę, które potrafił wokół siebie zbudować. 400 000 000 książek nie sprzedaje się przez przypadek. Jestem jednak przekonany, że maszyna zwana „Stephen King” jest już tak samo napędzającym się mechanizmem, że nawet gdyby w tym roku wśród 37437834 książek, które za pewne Stephen napisze pojawiła się powieść „o tym, jak umyłem rano zęby” i tak sprzedałaby się w milionowym nakładzie. Ot taka nasza radosna popkultura…BO JAK TO NIE CZYTAĆ NOWYCH KSIĄŻEK KRÓLA HORRORU!?
Grzegorz Jarecki
„Kultura „złej” książki”
Ostatnio siedząc w kawiarni, kiedy przeglądałam najnowsze wiadomości oraz wpisy na portalach społecznościowych, zrodziła się w mojej głowie pewna myśli. Mianowicie stwierdziłam, że dzisiejsza literatura zrodziła roboczo przeze mnie nazwaną kulturę „złej” książki. Każda nowa pozycja, która zyskuje poklask społeczeństwa i zostaje okraszona koroną „bestsellera”, jest krótko mówiąc niskich lotów. Nie wabi czytelnika wielopoziomową fabułą czy też wielobarwnymi postaciami, ale prostotą i konwenansami. Naprawdę. Mam wrażenie, że każda kolejna książka, jest kopią poprzedniej z niewielkimi apgrejdami. Generalnie wszystkie te bliźniaczki albo się kocha albo nienawidzi, co bardzo pasuję do trendów, jakie panują w XXI wieku.
Dla wyznawców hejtu, kultura złej książki, jest możliwością do bezkarnego wysławiania swojej religii nienawiści. Ze względu na lichość wartości intelektualnych zwartych w nowych bestsellerach, wyznawcy mogą wytestować swój arsenał wysublimowanych (i tych mniej też) uwag, które mają uświadomić wszystkich naokoło (nawet tych co mają to w głębokim poważaniu) jak dana pozycja jest zła, i że lepiej wyskoczyć z okna, niż wziąć ją do rąk. Daje to również pole do atakowania samego autora takiej „wybitnej” pozycji, którego można ściągnąć nawet do poziomu Hitlera, który mógłby się uczyć od pisarza, jak skutecznie zamęczyć społeczeństwo.
Jest też druga strona tego medalu, czyli ludzie kultywujący kulturę złej książki w ten miły sposób. Rozgłaszają wszem i wobec, jak dobrą nowinę, że lepszej i bardziej fascynującej pozycji, to oni chyba jeszcze w życiu nie czytali. Wyznawcy tego obozu cenią sobie w owych dziełach niefrasobliwą fabułę oraz stereotypowe postacie, które łatwo załadować do szufladki – dobry – zły, kochanek – przyjaciel – wróg i tak dalej. Jak jeszcze opisane historię zahaczają o obecne trendy i dodamy do tego wątek dzikich igraszek seksualnych, czy też wielki rozlew krwi, to nasi wyznawcy aż ryczą w swych modlitwach zwanych postami, jakie błogosławieństwo zostało zesłane na ten padół zwany Polską. Jak widać ukazuje nam się tutaj zasadność powiedzenia „ Ze skrajności w skrajność”, a na horyzoncie nie widać złotego środka.
Utwory królujące w kulturze, o której mówię, to pozycję dla każdego i do czytania wszędzie. W domu, pracy, w podróży, na toalecie. Bez kontemplacji, bez komplikacji, idealne produkty czytelnicze wciągające człowieka, jak paczka chipsów – nigdy nie kończy się na jednym. Bohaterowie „złych” książek to tak wielki miks (nie youtube’a, choć prawie, bo zwierają w sobie wszystko i nic) postaci literackich, które zdobyły serca czytelników na przestrzeni lat. Muszą być jednocześnie uniwersalne, jak i wyjątkowe. Nazwę ich ładnie bohaterami oksymoronowi albo królami sprzeczności. Gdyby postacie z tych książek istniały naprawdę, z miejsca wylądowałby w psychiatryku, ze względu na rozdwojenie jaźni albo wysokie skłonności psycho/socjopatyczne – patrz podbijający serca polek mafioso Massimo.
Podsumowując ten bardzo przykry wywód na temat stanu dzisiejszej literatury – jest źle, ale mogło być gorzej. Moim skromnym zdaniem, kultura „złej” książki, pomimo wszystkich swoich grzechów, jakie czyni, ma jedną bardzo ważną funkcję, która zmusza mnie do zaaprobowania jej. Mianowicie powoduje, że ludzie czytają. A to Moi drodzy największa przysługa, jaką ta kultura mogła wyświadczyć naszemu cyfrowemu społeczeństwu.
Ps. Słowo zła w nazwie, zostało wzięte w cudzysłowie, ponieważ jest to moje subiektywne zdanie, nie definiujące w żaden sposób charakteru dzieł publikowanych w dzisiejszych czasach.
Natalia Krzywoń

